Felieton polityczny: dopłaty do fasolowej

17:55

20 października 2017

Krzysztof Chmielnik

Publicysta

 

(Visited 443 times, 1 visits today)

Na moim kawalątku roli, jaką dzięki przyjacielowi przysposobiłem rolniczo za jego stajenką w Bytnicy, posiałem fasolę. Tak zwanego Jasia. Jako rolniczy dyletant posiałem, jak mówią Poznaniacy, dwie rajki. Efekt był mało spektakularny, bo z 30 wysianych nasionek wyrosły 3 krzaczki. Wbiłem u ich podstawy stosowne patyki, aby się gadzina wiła i czekałem zbiorów. Przyszła a moja fasola dała plon wystarczający na jeden, niezbyt duży, garnek fasolowej. Jedni powiedzą kiepsko, ale ja włączyłem kalkulator. No bo powiedzcie sami z trzech ziarenek, wyrosły trzy krzaczki, a na każdym krzaczku mała garstka ziarenek. Rachunkowo zysk 30-50 krotny. I zacząłem zastanawiać się na rolnictwem.

Podczas niedawnego pobytu w Cybince, spotkałem pana N. z wsi Białkowo. Chciałem pogadać jak rolnik z rolnikiem o mojej fasoli i moim 30-50 krotnym zysku. Przy okazji wymieniliśmy poglądy na kwestię kosztów chemicznego wsparcia rolniczego trudu, o czym przeczytałem w pewnym rolniczym miesięczniku. Dzięki tym dopłatom wynoszącym prawie tyle samo co wartość chemii jaką rolnik pakuje nam do jedzenia, rolnictwo w Polsce jest opłacalne. Pan N., będący rolnikiem w Białkowie, potwierdził, to co napisali specjaliści w rolniczej gazecie. Potwierdził na własnym przykładzie.

Rozmawialiśmy o tym, że na papierze rolnik ma szanse na 30-50 krotny zysk. Jednak moim zdaniem ktoś ciężko pracuje nad tym, aby rolnictwo było deficytowe. Pan N. ma ambicje uprawiania ekologicznego. Jest też lokalnym bojownikiem o uwolnienie rolnictwa od przepisów pętających potencjalne możliwości polskiego rolnictwa. Wyjaśnił mi, że istnieje co najmniej 666 realnych powodów, dla których rolnik nawet nie zbliża się do rachunkowej zyskowności. W jego opinii, przepisy są głównymi winowajcami.

Diabeł tkwi w szczegółach, a ponieważ nie znam przepisów powodujących, że rolnik musi być dziadem proszalnym, żebrzącym u urzędników w gminie aby wyjść ledwo na swoje, nie będę analizować regulacji prawnych w liberalnej rzekomo gospodarce rynkowej.

Jednak analiza kosztów rolnictwa, jaką każdy może dokonać przyglądając się kalkulacji kosztów z hektara dowolnej uprawy, ujawnia, że 20-30% tych kosztów stanowią nawozy i opryski. To największa pozycja w kolumnie kosztów.

Państwowe dopłaty do tej całej chemii, mogą być postrzegane jako rodzaj zmowy kartelowej pomiędzy koncernami chemicznymi a państwową władzą, która tak stanowi prawo, aby rolnik mógł jakoś przeżyć, ale aby chemiczni giganci mieli mega zyski.

Wziąwszy głęboki oddech, aby wpuścić do głowy nieco tlenu, powziąłem oczywistą myśl, że współcześni rolnicy są dodatkiem do fabryk wytwarzających nawozy i opryski. Przepisy, z którymi zmaga się polski rolnik, służą także wielkim korporacjom handlowym. Zatem my klienci jesteśmy dodatkiem do supermarketów, które co oczywiste muszą być otwarte w niedzielę.

Może nadszedł czas na rolniczą partyzantkę? Bez chemii i supermarketów.

(Visited 443 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz